Czy przydługi tytuł książki dobrze oddaje jej zawartość? I czy aby na pewno sięgając po "Dietę i Trening" Katarzyny Biłous zdrowo zbudujemy siłę i wytrzymałość? Ja tam nic nie wiem na pewno, ale tym, co wydaje mi się, że wiem dzielę się w recenzji tej książki.
![]() |
| Katarzyna Biłous - Dieta i Trening - jak to jest z tym budowaniem siły i wytrzymałości |
Książka o bieganiu skierowana do kobiet. Czegóż to ludzie nie wymyślą, można by powiedzieć. Po głębszym jednak namyśle i przeczytaniu tego poradnika, okazuje się, że książka o bieganiu dla kobiet, to wcale nie taki naciągany pomysł! Zwłaszcza, że "Bieganie. Kobieca strona mocy" jest całkiem różna od książek dotyczących biegania, które do tej pory recenzowaliśmy na blogu.
![]() |
| Bieganie. Kobieca strona mocy - wg mnie bardzo przydatny poradnik |
Przewodnik po bieganiu ultra autorstwa Hala Koernera i Adama W. Chase’a. Skok na kasę, czy może zbiór przydatnych porad, dla wszystkich którzy zamierzają biegać na dystansach dłuższych, niż maraton? Prezentujemy garść luźnych uwag na temat tej niewielkiej książeczki.
Do napisania recenzji tej niewielkiej książeczki zbierałem się od dłuższego już czasu. Zbierałem się, zbierałem i zebrać się nie mogłem. Nie wiem w sumie dlaczego. Może dlatego, że i specjalnie pisać nie ma o czym?![]() |
| Przewodnik po bieganiu ultra - kompozycja artystyczna ;) |
Chociaż tak sobie myślę, czy może z tego tytułu książki nie można by zrobić nazwy serii, pisząc go „Szczęśliwi biegają - ultra”. Jak już pewnie wszyscy się domyślili, tekst będzie o książce Magdaleny Ostrowskiej-Dołęgowskiej i Krzysztofa Dołęgowskiego - określających siebie tytułowym mianem szczęśliwców biegających ultra.
O czym jest ta książka? Teoretycznie i według tego co widnieje w tytule, o bieganiu oczywiście. Długim i trudnym bieganiu w terenie. Praktycznie - przynajmniej w moim odczuciu - jest to książka o życiu. O podejmowaniu pewnych wyborów, liczeniu się z ich konsekwencjami i świadomym postępowaniu tak, a nie inaczej. O tym, że mamy możliwość decydowania i gdy z niej korzystamy, robi się trudno, lecz za to interesująco. Wszystko, co napiszę poniżej o tej książce, to wyłącznie moje poglądy. Mój subiektywny zbiór wrażeń. Nie trzeba się z tym zgadzać. Nie trzeba tego lubić. Po prostu piszę, jak ja to widzę.
O czym jest ta książka? Teoretycznie i według tego co widnieje w tytule, o bieganiu oczywiście. Długim i trudnym bieganiu w terenie. Praktycznie - przynajmniej w moim odczuciu - jest to książka o życiu. O podejmowaniu pewnych wyborów, liczeniu się z ich konsekwencjami i świadomym postępowaniu tak, a nie inaczej. O tym, że mamy możliwość decydowania i gdy z niej korzystamy, robi się trudno, lecz za to interesująco. Wszystko, co napiszę poniżej o tej książce, to wyłącznie moje poglądy. Mój subiektywny zbiór wrażeń. Nie trzeba się z tym zgadzać. Nie trzeba tego lubić. Po prostu piszę, jak ja to widzę.
![]() |
| Szczęśliwi biegają ultra - yerba i dobra książka |
"Bieganie 80/20. Zwolnij na treningu, by przyspieszyć na zawodach" tak brzmi pełny tytuł książki Matta Fitzgeralda, w której autor proponuje, aby biegać wolniej, by biegać szybciej ;)
Książka wpadła w nasze ręce trochę przypadkiem, przy okazji zakupu biografii Chruszczowa - "Chruszczow. Człowiek i epoka", którą na marginesie wszystkim miłośnikom historii gorąco polecam. Jako się rzekło, przy okazji Chruszczowa do koszyka trafiła książka bieganiu metodą 80/20.
Sama metoda 80/20 przedstawiona w książce to nic innego, jak dobrze znana i znajdująca zastosowanie w różnych dziedzinach życia tzw. Zasada Pareto zastosowana tutaj do biegania. Nie będę się rozwodził nad tym, kto dokładnie ową zasadę sformułował. Chodzi w niej mniej więcej o to, że niewielka ilość przyczyn (20) odpowiada za większość występujących zjawisk (80), lub inaczej: jest to zasada "vital few and trivial many" - "kluczowych nielicznych i błahych licznych", jak to ładnie przedstawia Wikipedia.
Jak łatwo się domyślić w bieganiu metodą 80/20 idzie o to, aby około 80% jednostek treningowych (biegów) odbywało się z niską intensywnością - poniżej progu wentylacyjnego. Wg różnych systemów można ją określić jako WB1, easy run, rozbieganie, a tylko 20% biegów wchodziło w intensywność średnią i wysoką.
W pierwszej, teoretycznej części książki, autor - przytaczając i przeróżnie interpretując - a rzekłbym nawet - momentami naciągając - wyniki badań, za wszelką cenę stara się udowodnić czytelnikowi skuteczność i racjonalność metody 80/20. Przyznać muszę, że nawet bez jakiejś głębokiej analizy czytelnik może odnieść wrażenie, że gdzieś tam między wierszami Matt przyznaje, iż tak do końca to nie jest to wszystko takie pewne i to 80/20 to nie musi być tak dokładnie 80/20, a może nawet inne systemy dają lepsze wyniki, ponieważ jednak postawił sobie za cel stworzenie systemu 80/20, tak więc pozwala sobie tu i ówdzie pewne rzeczy troszkę nadinterpretować na korzyść swojego pomysłu. Ze smutkiem stwierdzić muszę, że ta część książki przemawia do mnie najsłabiej, a dodatkowe nadinterpretacje nie przemawiają na korzyść autora.
Druga część książki to część, rzekłbym, praktyczna. Aby to wszystko jakoś usystematyzować i wyjaśnić Matt Fitzgerald proponuje przeróżne systemy określania wysiłku i jego intensywności. Przyznać muszę, że na pierwszy rzut oka strasznie to wszystko pogmatwane i pomieszane. Bo mamy tutaj i wysiłek postrzegany i tętno i zakresy tempowe wg McMillana, kto czytał Danielsa dopatrzy się tutaj także i nawiązań do jego koncepcji, tylko inaczej opakowanych i nazwanych. Na końcu łączymy cały ten zlepek różnych koncepcji w całość odpowiadających sobie wyznaczników intensywności. Mnóstwo opisów, danych i tabelek.
Od czegoś jednak trzeba zacząć. Wg autora całą zabawę z systemem 80/20 winniśmy rozpocząć od wyznaczenia naszego tętna na progu mleczanowym. Matt proponuje tutaj zastosowanie 30-minutowego biegu na jak najdalszą odległość. Średnie tętno z ostatnich 10 minut biegu to własnie nasze tętno na progu mleczanowym. Następnie - wg kolejnej tabelki - wyliczamy sobie pozostałe strefy tętna, wg których będziemy realizowali nasze treningi. W drugiej części książki Fitzgerald podaje gotowe plany treningowe zbudowane zgodnie z zasadą 80/20 i przygotowujące do startu na różnych dystansach od 5 km do maratonu.
Wyznaczyliśmy tętno na progu mleczanowym, obliczyliśmy strefy tętna, dopasowaliśmy te strefy do prędkości wg kalkulatora McMillana, lepiej lub gorzej spasowaliśmy to wszystko ze zmodyfikowaną skalą Borga wysiłku postrzeganego. Ufff... w zasadzie tyle. Można zacząć biegać.
Jak napisałem: system trochę pogmatwany i naciągany. Pewne elementy jakby przeniesione z koncepcji Danielsa, trochę własnych pomysłów dodanych przez autora, do tego mnóstwo wyjaśnień, doprecyzowań i zastrzeżeń, aby to wszystko jakoś "kupy się trzymało".
Odnoszę wrażenie, że Matt Fitzgerald chciał stworzyć coś nowego i świeżego, ale nie do końca mu to wyszło. Zbyt cały ten system pokomplikował i utrudnił. Jakby sam zagubił się w tym, co chciał powiedzieć. Krótko mówiąc: przekombinował.
Nie twierdzę, że nie da się wg tego systemu trenować. Nie twierdzę, że system 80/20 nie przyniesie żadnych korzyści, bo pewnie przyniesie. Owszem da się i przypuszczam, że będą i korzyści i sensowne treningi. Dodatkowo, dokładnie wczytując się w doprecyzowania i rozległe opisy poszczególnych elementów treningowych, pozostawiamy sobie naprawdę mały margines błędu. I tutaj trzeba autorowi oddać sprawiedliwość: mimo, że długo i pogmatwanie, to jednak dokładnie i ze szczegółami wytłumaczył o co mu chodzi.
Czy dowiedziałem się z tej książki czegoś ciekawego? Jak najbardziej. Szczególnie trafiła do mnie rada, aby przy ocenie intensywności wysiłku w biegach - jak je autor nazywa - "fundamentalnych", czyli po naszemu rozbieganiach, WB1 itd kierować się raczej tętnem, niż tempem. Tempo stosować natomiast do biegów w strefie 3 i wyżej, czyli biegów fartlek i interwałów o przeróżnej długości.
To do mnie przemawia, ponieważ niemal zawsze, biegając rozbiegania wg tempa, jakoś tam samoczynnie to tempo podkręcałem i w efekcie robiłem te biegi znacznie szybciej, niż powinienem, co wcale dobre nie było. Teraz spróbuję ten typ biegów wykonywać właśnie wg wskazań pulsometru. Poza tym jakoś wreszcie do mnie dotarło, że nie muszę, ba - nie powinienem - na każdym treningu starać się biegać szybciej. Że wolne bieganie także daje mnóstwo korzyści, a poza tym, same treningi są o wiele bardziej przyjemne. A koniec końców, nie jestem zawodowcem i chciałbym z tego biegania czerpać trochę przyjemności, a nie bać się każdego kolejnego treningu, bo znowu trzeba będzie pobiec szybciej...
Książka Matta uświadomiła mi, że trochę się zapętliłem w pogoni za szybkością, zapominając o bazie, o podstawach, o wytrzymałości długodystansowej. Czas na zmiany. Zwłaszcza, że ostatni półmaraton bardzo wyraźnie udowodnił mi właśnie brak wytrzymałości... Być może kiedyś nawet pokuszę się o wyznaczenie i przyporządkowanie wszystkich proponowanych przez Matta Fitzgeralda stref i wskaźników i skorzystam z któregoś z planów przedstawionych w książce. Być może...
Czy książka "Bieganie 80/20. Zwolnij na treningu, by przyspieszyć na zawodach" Matta Fitzgeralda jest pozycją wartą przeczytania? Myślę, że tak. Szczególnie polecam ją tym, którzy tak jak ja, mają problem z utrzymaniem właściwej intensywności wysiłku podczas długich, spokojnych biegów, którzy mają tendencję do wiecznego przyspieszania, bo jest fajnie, bo się dobrze czuję, bo szybciej, znaczy lepiej...
Kurczę, na siłowni już od dawna wiem, że więcej nie znaczy wcale lepiej, że nie sztuka "zajechać się" ciężarem. Tutaj już jakiś czas temu dotarłem do optymalnej dla mnie ilości ćwiczeń i treningów. Wiem, co i kiedy dodać, a co i kiedy ująć, żeby było dobrze. Fakt, że ta wiedza przyszła z czasem i praktyką. W bieganiu nie mam jeszcze takiego stażu i dlatego w ostatecznym rozrachunku dziękuję Mattowi za ponowne otwarcie mi oczu na sprawy oczywiste.
Książka wpadła w nasze ręce trochę przypadkiem, przy okazji zakupu biografii Chruszczowa - "Chruszczow. Człowiek i epoka", którą na marginesie wszystkim miłośnikom historii gorąco polecam. Jako się rzekło, przy okazji Chruszczowa do koszyka trafiła książka bieganiu metodą 80/20.
![]() |
| Bieganie 80/20 - Matt Fitzgerald |
Sama metoda 80/20 przedstawiona w książce to nic innego, jak dobrze znana i znajdująca zastosowanie w różnych dziedzinach życia tzw. Zasada Pareto zastosowana tutaj do biegania. Nie będę się rozwodził nad tym, kto dokładnie ową zasadę sformułował. Chodzi w niej mniej więcej o to, że niewielka ilość przyczyn (20) odpowiada za większość występujących zjawisk (80), lub inaczej: jest to zasada "vital few and trivial many" - "kluczowych nielicznych i błahych licznych", jak to ładnie przedstawia Wikipedia.
Jak łatwo się domyślić w bieganiu metodą 80/20 idzie o to, aby około 80% jednostek treningowych (biegów) odbywało się z niską intensywnością - poniżej progu wentylacyjnego. Wg różnych systemów można ją określić jako WB1, easy run, rozbieganie, a tylko 20% biegów wchodziło w intensywność średnią i wysoką.
W pierwszej, teoretycznej części książki, autor - przytaczając i przeróżnie interpretując - a rzekłbym nawet - momentami naciągając - wyniki badań, za wszelką cenę stara się udowodnić czytelnikowi skuteczność i racjonalność metody 80/20. Przyznać muszę, że nawet bez jakiejś głębokiej analizy czytelnik może odnieść wrażenie, że gdzieś tam między wierszami Matt przyznaje, iż tak do końca to nie jest to wszystko takie pewne i to 80/20 to nie musi być tak dokładnie 80/20, a może nawet inne systemy dają lepsze wyniki, ponieważ jednak postawił sobie za cel stworzenie systemu 80/20, tak więc pozwala sobie tu i ówdzie pewne rzeczy troszkę nadinterpretować na korzyść swojego pomysłu. Ze smutkiem stwierdzić muszę, że ta część książki przemawia do mnie najsłabiej, a dodatkowe nadinterpretacje nie przemawiają na korzyść autora.
Druga część książki to część, rzekłbym, praktyczna. Aby to wszystko jakoś usystematyzować i wyjaśnić Matt Fitzgerald proponuje przeróżne systemy określania wysiłku i jego intensywności. Przyznać muszę, że na pierwszy rzut oka strasznie to wszystko pogmatwane i pomieszane. Bo mamy tutaj i wysiłek postrzegany i tętno i zakresy tempowe wg McMillana, kto czytał Danielsa dopatrzy się tutaj także i nawiązań do jego koncepcji, tylko inaczej opakowanych i nazwanych. Na końcu łączymy cały ten zlepek różnych koncepcji w całość odpowiadających sobie wyznaczników intensywności. Mnóstwo opisów, danych i tabelek.
Od czegoś jednak trzeba zacząć. Wg autora całą zabawę z systemem 80/20 winniśmy rozpocząć od wyznaczenia naszego tętna na progu mleczanowym. Matt proponuje tutaj zastosowanie 30-minutowego biegu na jak najdalszą odległość. Średnie tętno z ostatnich 10 minut biegu to własnie nasze tętno na progu mleczanowym. Następnie - wg kolejnej tabelki - wyliczamy sobie pozostałe strefy tętna, wg których będziemy realizowali nasze treningi. W drugiej części książki Fitzgerald podaje gotowe plany treningowe zbudowane zgodnie z zasadą 80/20 i przygotowujące do startu na różnych dystansach od 5 km do maratonu.
Wyznaczyliśmy tętno na progu mleczanowym, obliczyliśmy strefy tętna, dopasowaliśmy te strefy do prędkości wg kalkulatora McMillana, lepiej lub gorzej spasowaliśmy to wszystko ze zmodyfikowaną skalą Borga wysiłku postrzeganego. Ufff... w zasadzie tyle. Można zacząć biegać.
Jak napisałem: system trochę pogmatwany i naciągany. Pewne elementy jakby przeniesione z koncepcji Danielsa, trochę własnych pomysłów dodanych przez autora, do tego mnóstwo wyjaśnień, doprecyzowań i zastrzeżeń, aby to wszystko jakoś "kupy się trzymało".
Odnoszę wrażenie, że Matt Fitzgerald chciał stworzyć coś nowego i świeżego, ale nie do końca mu to wyszło. Zbyt cały ten system pokomplikował i utrudnił. Jakby sam zagubił się w tym, co chciał powiedzieć. Krótko mówiąc: przekombinował.
![]() |
| Bieganie 80/20 - Matt Fitzgerald |
Nie twierdzę, że nie da się wg tego systemu trenować. Nie twierdzę, że system 80/20 nie przyniesie żadnych korzyści, bo pewnie przyniesie. Owszem da się i przypuszczam, że będą i korzyści i sensowne treningi. Dodatkowo, dokładnie wczytując się w doprecyzowania i rozległe opisy poszczególnych elementów treningowych, pozostawiamy sobie naprawdę mały margines błędu. I tutaj trzeba autorowi oddać sprawiedliwość: mimo, że długo i pogmatwanie, to jednak dokładnie i ze szczegółami wytłumaczył o co mu chodzi.
Czy dowiedziałem się z tej książki czegoś ciekawego? Jak najbardziej. Szczególnie trafiła do mnie rada, aby przy ocenie intensywności wysiłku w biegach - jak je autor nazywa - "fundamentalnych", czyli po naszemu rozbieganiach, WB1 itd kierować się raczej tętnem, niż tempem. Tempo stosować natomiast do biegów w strefie 3 i wyżej, czyli biegów fartlek i interwałów o przeróżnej długości.
To do mnie przemawia, ponieważ niemal zawsze, biegając rozbiegania wg tempa, jakoś tam samoczynnie to tempo podkręcałem i w efekcie robiłem te biegi znacznie szybciej, niż powinienem, co wcale dobre nie było. Teraz spróbuję ten typ biegów wykonywać właśnie wg wskazań pulsometru. Poza tym jakoś wreszcie do mnie dotarło, że nie muszę, ba - nie powinienem - na każdym treningu starać się biegać szybciej. Że wolne bieganie także daje mnóstwo korzyści, a poza tym, same treningi są o wiele bardziej przyjemne. A koniec końców, nie jestem zawodowcem i chciałbym z tego biegania czerpać trochę przyjemności, a nie bać się każdego kolejnego treningu, bo znowu trzeba będzie pobiec szybciej...
Książka Matta uświadomiła mi, że trochę się zapętliłem w pogoni za szybkością, zapominając o bazie, o podstawach, o wytrzymałości długodystansowej. Czas na zmiany. Zwłaszcza, że ostatni półmaraton bardzo wyraźnie udowodnił mi właśnie brak wytrzymałości... Być może kiedyś nawet pokuszę się o wyznaczenie i przyporządkowanie wszystkich proponowanych przez Matta Fitzgeralda stref i wskaźników i skorzystam z któregoś z planów przedstawionych w książce. Być może...
![]() |
| Bieganie 80/20 - Matt Fitzgerald |
Czy książka "Bieganie 80/20. Zwolnij na treningu, by przyspieszyć na zawodach" Matta Fitzgeralda jest pozycją wartą przeczytania? Myślę, że tak. Szczególnie polecam ją tym, którzy tak jak ja, mają problem z utrzymaniem właściwej intensywności wysiłku podczas długich, spokojnych biegów, którzy mają tendencję do wiecznego przyspieszania, bo jest fajnie, bo się dobrze czuję, bo szybciej, znaczy lepiej...
Kurczę, na siłowni już od dawna wiem, że więcej nie znaczy wcale lepiej, że nie sztuka "zajechać się" ciężarem. Tutaj już jakiś czas temu dotarłem do optymalnej dla mnie ilości ćwiczeń i treningów. Wiem, co i kiedy dodać, a co i kiedy ująć, żeby było dobrze. Fakt, że ta wiedza przyszła z czasem i praktyką. W bieganiu nie mam jeszcze takiego stażu i dlatego w ostatecznym rozrachunku dziękuję Mattowi za ponowne otwarcie mi oczu na sprawy oczywiste.
Lubię wiedzieć. Jakoś tak się przyzwyczaiłem, że zabierając się za coś chcę mieć chociaż podstawową podbudowę teoretyczną. Taką jakąś minimalną bazę, na której można się oprzeć. Wiem, wiem, baza i nadbudowa może co niektórym źle się kojarzyć, ale tak jakoś wyszło ;)
Na początku, gdy zaczęliśmy biegać, w celu owej bazy stworzenia, trochę poczytałem w internecie. Pewnie za mało, bo szybko dorobiłem się kontuzji. Nie mogłem biegać. Postanowiłem się dokształcić.
Pierwszą książką o bieganiu, którą kupiliśmy, był poradnik "Bieganie metodą Gallowaya. Ciesz się dobrym zdrowiem i doskonałą formą!" autorstwa Jeffa Gallowaya. Na początek przygody z bieganiem był to znakomity wybór. Książka ostudziła nieco niezdrowe zapały nowicjuszy, dostarczyła wielu cennych informacji i dzięki wiedzy w niej zawartej zaczęliśmy biegać bardziej "z głową", stopniowo przyzwyczajając ciało do wysiłku.
Jak powiadają: Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tak było i w naszym przypadku. Około roku, może trochę mniej, biegaliśmy sobie spokojnie i w zdrowiu metodą Gallowaya. Czegoś jednak zaczęło brakować, chcieliśmy - a szczególnie ja - czegoś więcej. Może dalej, może szybciej. Chcieliśmy spróbować czegoś nowego. Może pobiec w jakimś biegu masowym...
W poszukiwaniu wiedzy kupiłem książkę "Trening z pulsometrem" - Joe Friela. Jak się okazało, nie była to lektura dla nas, a na pewno nie na naszym poziomie zaawansowania. Książka przeczytana, jednak na razie leży na półce i czeka na lepsze czasy, tudzież na moment, w którym dorośniemy do biegania na takim poziomie, o ile w ogóle kiedyś to nastąpi.
Wreszcie, w nasze ręce wpadło tytułowe "Bieganie metodą Danielsa". Książka bardzo polecana, określana mianem "biblii dla biegaczy", książki która zrewolucjonizowała bieganie w Polsce itp. Dość ostrożnie podchodzę do takich entuzjastycznych określeń. Ponieważ jednak trafiła się okazja, to przy zakupie innych książek, do koszyka wrzuciliśmy także i "Bieganie metodą Danielsa" w najnowszym wydaniu.
Jak możemy dowiedzieć się z informacji zawartych w książce, Jack Daniels ma ponad 50 lat doświadczenia w trenowaniu wielu najlepszych na świecie długodystansowców, a spod jego ręki wyszło 30 indywidualnych mistrzów USA na różnych dystansach. Jest dwukrotnym medalistą Igrzysk Olimpijskich w pięcioboju nowoczesnym (1956, 1960). Odnotował na swoim koncie lata studiów i badań dotyczących biegów długodystansowych, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Szwecji. Posiada tytuł doktora fizjologii ruchu na Uniwersytecie Stanowym Winconsin w Madison. Studiował również fizjologię wysiłku w Królewskim Centralnym Instytucie Gimnastyki w Sztokholmie, gdzie jego promotorem był Per-Olaf Åstrand.
Czy - dla nas - początkujących bądź co bądź biegaczy - książka napisana przez tak doświadczonego biegacza, trenera i naukowca, faktycznie okazała się rewolucją, a wiedza w niej zawarta zupełną i objawioną mądrością? No, niestety może nie do końca. Książka, owszem, solidna, konkretna, zawiera sporą dawkę teorii, lecz - jak dla nas - zbyt wymagająca..., trochę onieśmielająca i przytłaczająca ilością fachowych określeń. Może zbyt "zawodowo" podchodząca do tematu (chociaż w sumie, czy to wada, czy raczej przeciwnie?) Nie chodzi oczywiście o zrozumienie treści, lecz raczej o przedstawione plany, wskaźniki i zasady treningowe. A może po prostu, ta akurat część książki nie jest dla nas, na etapie biegania, na którym obecnie się znajdujemy?
Bardzo spodobała nam się sama część teoretyczna, czyli rozdziały traktujące o zasadach treningu, technice biegania, postawie, prawidłowej kadencji, pokonywaniu zbiegów i podbiegów, sposobach oddychania, intensywności, czy wreszcie bardzo ciekawy system określania możliwości biegowych w oparciu o wartość wskaźnika VDOT (zachęcamy do przeczytania ciekawego wywiadu z Jackiem Danielsem dotyczącego wskaźnika VDOT) okazały się ciekawe w odbiorze i bardzo pouczające.
Wiedza o tym, w jaki sposób najkorzystniej oddychać, jak i ile kroków stawiać, aby bieg był bezpieczny, ekonomiczny i wydajny, to coś, co naprawdę się przydaje i rzeczywiście działa. Pomalutku zacząłem testować opisywane metody oddychania i to faktycznie ma sens. Niestety, część poświęcona samym planom treningowym, to - przynajmniej na razie - zupełnie nie nasza bajka.
Większość proponowanych przez Autora planów zakłada bieganie od minimum czterech, do siedmiu razy w tygodniu. Gdzie tu życie? Gdzie miejsce na inne aktywności fizyczne typu uprawianych przeze mnie regularnych ćwiczeń na siłowni, czy naszego wspólnego sezonowego turystycznego jeżdżenia rowerami? Przy takiej ilości biegania jest czas tylko na... bieganie?
Może przesadzam, lecz Daniels zakłada naprawdę dość sporą częstotliwość treningów. Patrząc na to z punktu człowieka pracującego (na razie przynajmniej), regularnie trzy razy w tygodniu chodzącego na siłownię, w sezonie chcącego dołożyć do tego wszystkiego długie wyjazdy rowerowe, to tego czasu robi się naprawdę niewiele i sensowne zorganizowanie wszystkiego zaczyna wymagać trochę dyscypliny i uporządkowania.

Ciekawą odskocznią od tych dość intensywnych planów treningowych jest rozdział mówiący o bieganiu dla zdrowia. Tutaj Daniels prezentuje kilka prostych, lecz solidnie zbudowanych i dogłębnie wyjaśnionych planów biegowych oznaczonych różnymi kolorami. Od planu dla zupełnie początkujących, po plan, którego realizacja pozwoli nawet na przebiegnięcie maratonu w czasie, którego nie trzeba będzie się wstydzić. Ten rozdział wydaje się nam bardziej skierowany do "zwykłych" ludzi. Do ludzi, dla których bieganie to nie wszystko, a wynik jest tylko dodatkiem do dobrej zabawy na powietrzu, choć bardziej zaawansowane plany i tak zakładają biegi cztery razy w tygodniu.
Chociaż - jak już wspomniałem - plany biegowe Danielsa charakteryzują się wysoką częstotliwością, to jednak nie jest on jakimś trenerem-tyranem, który goni do upadłego, byle szybciej, za wszelką cenę. Wręcz przeciwnie, jak powiedział w wywiadzie dla wydawnictwa Inne Spacery:
Czy warto zatem sięgnąć po książkę Danielsa? Warto. Warto choćby dlatego, że zawsze przecież lepiej wiedzieć więcej, niż mniej. Warto po to, by mieć usystematyzowaną, solidną i popartą doświadczeniem wiedzę zawsze pod ręką. Warto, bo zawsze lepiej uczyć się od kogoś, kto wie, o czym mówi, niźli opierać się na tzw. "broscience", która szczególnie w kręgach związanych z siłownią, ma się niestety całkiem dobrze, lecz z równym powodzeniem można ją spotkać także i w innych dziedzinach sportu i życia...
Być może nie cała ta wiedza będzie nam potrzebna dzisiaj, już, od razu. Kto wie, może dzisiaj "weźmiemy" z tej książki rozdział o prawidłowym oddychaniu, a za trzy lata z przyjemnością zrealizujemy najbardziej zaawansowaną wersję planu przygotowującego do maratonu i powiemy: -Kurcze, dobrze że mam tę książkę! Być może...
Powie ktoś: Po co wydawać pieniądze na książkę, z której wykorzystamy tylko jakąś część? Odpowiem ja myślą wyrażoną przez jakiegoś mądrego człowieka:
Na początku, gdy zaczęliśmy biegać, w celu owej bazy stworzenia, trochę poczytałem w internecie. Pewnie za mało, bo szybko dorobiłem się kontuzji. Nie mogłem biegać. Postanowiłem się dokształcić.
Pierwszą książką o bieganiu, którą kupiliśmy, był poradnik "Bieganie metodą Gallowaya. Ciesz się dobrym zdrowiem i doskonałą formą!" autorstwa Jeffa Gallowaya. Na początek przygody z bieganiem był to znakomity wybór. Książka ostudziła nieco niezdrowe zapały nowicjuszy, dostarczyła wielu cennych informacji i dzięki wiedzy w niej zawartej zaczęliśmy biegać bardziej "z głową", stopniowo przyzwyczajając ciało do wysiłku.
Jak powiadają: Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tak było i w naszym przypadku. Około roku, może trochę mniej, biegaliśmy sobie spokojnie i w zdrowiu metodą Gallowaya. Czegoś jednak zaczęło brakować, chcieliśmy - a szczególnie ja - czegoś więcej. Może dalej, może szybciej. Chcieliśmy spróbować czegoś nowego. Może pobiec w jakimś biegu masowym...
W poszukiwaniu wiedzy kupiłem książkę "Trening z pulsometrem" - Joe Friela. Jak się okazało, nie była to lektura dla nas, a na pewno nie na naszym poziomie zaawansowania. Książka przeczytana, jednak na razie leży na półce i czeka na lepsze czasy, tudzież na moment, w którym dorośniemy do biegania na takim poziomie, o ile w ogóle kiedyś to nastąpi.
Wreszcie, w nasze ręce wpadło tytułowe "Bieganie metodą Danielsa". Książka bardzo polecana, określana mianem "biblii dla biegaczy", książki która zrewolucjonizowała bieganie w Polsce itp. Dość ostrożnie podchodzę do takich entuzjastycznych określeń. Ponieważ jednak trafiła się okazja, to przy zakupie innych książek, do koszyka wrzuciliśmy także i "Bieganie metodą Danielsa" w najnowszym wydaniu.
Jak możemy dowiedzieć się z informacji zawartych w książce, Jack Daniels ma ponad 50 lat doświadczenia w trenowaniu wielu najlepszych na świecie długodystansowców, a spod jego ręki wyszło 30 indywidualnych mistrzów USA na różnych dystansach. Jest dwukrotnym medalistą Igrzysk Olimpijskich w pięcioboju nowoczesnym (1956, 1960). Odnotował na swoim koncie lata studiów i badań dotyczących biegów długodystansowych, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Szwecji. Posiada tytuł doktora fizjologii ruchu na Uniwersytecie Stanowym Winconsin w Madison. Studiował również fizjologię wysiłku w Królewskim Centralnym Instytucie Gimnastyki w Sztokholmie, gdzie jego promotorem był Per-Olaf Åstrand.
Czy - dla nas - początkujących bądź co bądź biegaczy - książka napisana przez tak doświadczonego biegacza, trenera i naukowca, faktycznie okazała się rewolucją, a wiedza w niej zawarta zupełną i objawioną mądrością? No, niestety może nie do końca. Książka, owszem, solidna, konkretna, zawiera sporą dawkę teorii, lecz - jak dla nas - zbyt wymagająca..., trochę onieśmielająca i przytłaczająca ilością fachowych określeń. Może zbyt "zawodowo" podchodząca do tematu (chociaż w sumie, czy to wada, czy raczej przeciwnie?) Nie chodzi oczywiście o zrozumienie treści, lecz raczej o przedstawione plany, wskaźniki i zasady treningowe. A może po prostu, ta akurat część książki nie jest dla nas, na etapie biegania, na którym obecnie się znajdujemy?
Bardzo spodobała nam się sama część teoretyczna, czyli rozdziały traktujące o zasadach treningu, technice biegania, postawie, prawidłowej kadencji, pokonywaniu zbiegów i podbiegów, sposobach oddychania, intensywności, czy wreszcie bardzo ciekawy system określania możliwości biegowych w oparciu o wartość wskaźnika VDOT (zachęcamy do przeczytania ciekawego wywiadu z Jackiem Danielsem dotyczącego wskaźnika VDOT) okazały się ciekawe w odbiorze i bardzo pouczające.
Wiedza o tym, w jaki sposób najkorzystniej oddychać, jak i ile kroków stawiać, aby bieg był bezpieczny, ekonomiczny i wydajny, to coś, co naprawdę się przydaje i rzeczywiście działa. Pomalutku zacząłem testować opisywane metody oddychania i to faktycznie ma sens. Niestety, część poświęcona samym planom treningowym, to - przynajmniej na razie - zupełnie nie nasza bajka.
Może przesadzam, lecz Daniels zakłada naprawdę dość sporą częstotliwość treningów. Patrząc na to z punktu człowieka pracującego (na razie przynajmniej), regularnie trzy razy w tygodniu chodzącego na siłownię, w sezonie chcącego dołożyć do tego wszystkiego długie wyjazdy rowerowe, to tego czasu robi się naprawdę niewiele i sensowne zorganizowanie wszystkiego zaczyna wymagać trochę dyscypliny i uporządkowania.

Ciekawą odskocznią od tych dość intensywnych planów treningowych jest rozdział mówiący o bieganiu dla zdrowia. Tutaj Daniels prezentuje kilka prostych, lecz solidnie zbudowanych i dogłębnie wyjaśnionych planów biegowych oznaczonych różnymi kolorami. Od planu dla zupełnie początkujących, po plan, którego realizacja pozwoli nawet na przebiegnięcie maratonu w czasie, którego nie trzeba będzie się wstydzić. Ten rozdział wydaje się nam bardziej skierowany do "zwykłych" ludzi. Do ludzi, dla których bieganie to nie wszystko, a wynik jest tylko dodatkiem do dobrej zabawy na powietrzu, choć bardziej zaawansowane plany i tak zakładają biegi cztery razy w tygodniu.
Chociaż - jak już wspomniałem - plany biegowe Danielsa charakteryzują się wysoką częstotliwością, to jednak nie jest on jakimś trenerem-tyranem, który goni do upadłego, byle szybciej, za wszelką cenę. Wręcz przeciwnie, jak powiedział w wywiadzie dla wydawnictwa Inne Spacery:
Starajcie się osiągnąć maksymalną kondycję przy minimalnym nakładzie pracy. Nie próbujcie osiągać maksymalnych rezultatów poprzez maksymalną pracę. Jeżeli zastanawiacie się, który typ treningu wybrać, zawsze wybierzcie łatwiejszy. Kluczem do sukcesu w bieganiu jest konsekwencja. A unikanie kontuzji jest jedną z najważniejszych rzeczy, by zachować konsekwencję.
Czy warto zatem sięgnąć po książkę Danielsa? Warto. Warto choćby dlatego, że zawsze przecież lepiej wiedzieć więcej, niż mniej. Warto po to, by mieć usystematyzowaną, solidną i popartą doświadczeniem wiedzę zawsze pod ręką. Warto, bo zawsze lepiej uczyć się od kogoś, kto wie, o czym mówi, niźli opierać się na tzw. "broscience", która szczególnie w kręgach związanych z siłownią, ma się niestety całkiem dobrze, lecz z równym powodzeniem można ją spotkać także i w innych dziedzinach sportu i życia...
Być może nie cała ta wiedza będzie nam potrzebna dzisiaj, już, od razu. Kto wie, może dzisiaj "weźmiemy" z tej książki rozdział o prawidłowym oddychaniu, a za trzy lata z przyjemnością zrealizujemy najbardziej zaawansowaną wersję planu przygotowującego do maratonu i powiemy: -Kurcze, dobrze że mam tę książkę! Być może...
Powie ktoś: Po co wydawać pieniądze na książkę, z której wykorzystamy tylko jakąś część? Odpowiem ja myślą wyrażoną przez jakiegoś mądrego człowieka:
Jeśli myślisz, że edukacja drogo kosztuje, sprawdź, ile kosztuje ignorancja
Słowem, uczma się ludziska od najlepszych, bo warto :)
„I jak tu nie biegać”
Beaty Sadowskiej – początkowo nie brałam pod uwagę zakupu tej
książki, mimo tego, że od kilku miesięcy widziałam ją na
listach książkowych bestsellerów. Mój sceptycyzm wynikał z tego, iż ostatnio obserwuję istną „klęskę urodzaju” rozmaitych
poradników napisanych przez naszych rodzimych celebrytów, a pani
Beata znana mi była do tej pory głównie jako prezenterka telewizji
śniadaniowej. Tymczasem moje obawy co do wartości i zawartości tej
książki okazały się zupełnie bezzasadne.
Książka jest naprawdę świetna
i godna polecenia zarówno dla tych, którzy
rozpoczynają dopiero swoją przygodę z bieganiem, początkujących
biegaczy (do których zalicza się ma skromna osoba), jak i tych
bardziej zaawansowanych rozważających swój start w zawodach typu
półmaraton (Leon). Dopisek Leona: Leon też jest początkujący tylko może trochę bardziej się stara, ale ze względu na warunki fizyczne, rasowym biegaczem raczej nigdy nie zostanie.
W książce barwne
opowieści autorki o przygodach z bieganiem przeplatają się ze
wskazówkami profesjonalnego trenera Kuby Wiśniewskiego na temat
tego, jak dobrać odpowiednie buty, rozgrzewki, rozciągania, diety
biegacza i wielu innych istotnych dla wszystkich biegających
kwestii. Książka jest napisana w bardzo wciągającym stylu i
przyznam, że skończyłam ją w ciągu jednego dnia.
Lektura ta pojawiła się
w moim życiu we właściwym momencie – po ponad półrocznych
systematycznych treningach dopadł mnie kryzys spowodowany brakiem
widocznych postępów, który podkopał nieco moją wiarę w sens
kontynuowania tej aktywności fizycznej. „I jak tu nie biegać”
dała mi pozytywnego kopa i wzmocniła moją mocno sponiewieraną
motywację. Dopisek Leona: a to dopiero, to ja z bloga muszę się dowiadywać o tym, że moja żona ma "mocno sponiewieraną motywację" - bardzo nieładnie...
Emanuje z niej autentyczna radość z biegania osoby,
która wzięła udział w dwunastu maratonach na kilku kontynentach, poza
tym jest to książka o bieganiu napisana z kobiecej perspektywy, a
takich książek na ten temat jest niewiele.
Dopisek Leona: mimo, że książka faktycznie pisana z kobiecej perspektywy, to jednak po jej przeczytaniu, mogę polecić ją także panom. Zarówno tym biegającym, jak i tym, którzy dopiero do biegania się przymierzają.
Książeczka napisana w stylu lekkim i przyjemnym. Nie straszy wyliczeniami, rozpiskami treningowymi i technicznym żargonem. Czyta się szybko i "jednym tchem". Autorka wg mnie większy nacisk kładzie - jak to kobieta - na odczucia związane z bieganiem, na radość płynącą z uprawiania tej aktywności fizycznej. Barwnie opisuje doznania związane z porannymi biegami, uczucia towarzyszące bieganiu w różnych egzotycznych miejscach. Pisze "po prostu" i "po ludzku". Myślę, że każdy biegający w wielu miejscach się z nią zgodzi i w duchu powie: "Faktycznie, też tak to czuję".
Sadowska pisze także trochę o tym, w jaki sposób godzi bieganie z życiem rodzinnym i zawodowym. Niewielu z nas może sobie przecież pozwolić na zupełne poświęcenie się swojej pasji, z pominięciem pracy zarobkowej, czy rodziny. Autorka swoim przykładem udowadnia, że można robić i jedno i drugie, tzn. pracować, wychowywać dziecko i biegać. Jeżeli ktoś chce, to może. Pewnie, że nie jest łatwo, ale za to jak satysfakcjonująco!
Podobnie, jak Matylda: szczerze polecam przeczytanie tej książki. Bardzo lekka i przyjemna lektura na wakacyjne wyjazdy.
Polecam z całego serca
– na pewno jeszcze nieraz wrócę do tej książki.
Jest to dalszy ciąg opisu naszej niedługiej przygody z bieganiem - pierwszą cześć znajdziecie tutaj: Biegamy, czyli Leona i Matyldy walka z grawitacją cz. I.
- Tak, ale w czasie "rehabilitacji" postanowiłem nieco podszkolić się w teorii dotyczącej biegania i w ręce wpadła mi książka Jeffa Gallowaya "Bieganie metodą Gallowaya. Ciesz się dobrym zdrowiem i doskonałą formą!". To był strzał w dziesiątkę! Przeczytałem, że bieganie metodą Gallowaya polega na marszobiegu, czyli włączeniu w biegi przerw na marsz. Pomyślałem sobie, że to idealna metoda dla nas - początkujących truchtaczy. Co więcej, Galloway twierdzi, że przeplatając bieg przerwami na marsz
- Tak, ale w czasie "rehabilitacji" postanowiłem nieco podszkolić się w teorii dotyczącej biegania i w ręce wpadła mi książka Jeffa Gallowaya "Bieganie metodą Gallowaya. Ciesz się dobrym zdrowiem i doskonałą formą!". To był strzał w dziesiątkę! Przeczytałem, że bieganie metodą Gallowaya polega na marszobiegu, czyli włączeniu w biegi przerw na marsz. Pomyślałem sobie, że to idealna metoda dla nas - początkujących truchtaczy. Co więcej, Galloway twierdzi, że przeplatając bieg przerwami na marsz
unikniemy zbytniego zmęczenia, zredukujemy ryzyko kontuzji i pozwolimy organizmowi powoli dostosować się do związanego z bieganiem rodzaju ruchów.












